
Pomiędzy Trio op. 8 a sekstetem op. 18 dużo się wydarzyło w życiu Brahmsa. Kariera rozwijała się pomyślnie, choć jego mentor i przyjaciel, Robert Schumann, zmarł w azylu dla obłąkanych. Brahms ukończył 1. koncert fortepianowy, który w końcu przyniósł mu uznanie (po pierwszych, niespecjalnie udanych wykonaniach publicznych), wydał kilka cykli pieśni oraz dwie Serenady na mniejsze składy orkiestrowe.
Pierwsza nawet miała swoją wersję na nonet, zniszczoną przez Brahmsa i dopiero w latach 80. zeszłego wieku powstały „zrekonstruowane” wersje na nonet. Z oczywistych powodów (mały skład) są chętnie grane. Niestety Serenada nr 1 na nonet, pozbawiona orkiestrowych kolorów i dynamiki brzmienia dużego zespołu, jest nudna jak flaki z olejem, nadto kameralna wersja nie jest oryginalnym dziełem Brahmsa i nie będziemy się tu nią zajmować.
Sekstet nr, op. 18 w nieodpowiednich rękach także może być niezbyt porywający. To ten moment, kiedy warto sobie uświadomić, że dziewiętnastowieczna kameralistyka nie była pisana po to, żeby jej słuchać, ale przede wszystkim, by ją w domowym zaciszu grać. Sekstet jest misterny i wykonywanie go w grupie przyjaciół musi być fantastyczną przygodą, ale dla słuchacza może być niekończącą się podróżą donikąd.
Oczywiście to Brahms, jeszcze młody, ale już pewny swego, mnóstwo tu melodii, ciekawych współbrzmień. Bardzo piękną, lamentacyjną część drugą, w której Bach spotyka się z Schumannem i prostotą ludowej melodii, Brahms zaaranżował nawet na fortepian i Clara Schumann była nią zachwycona. Finał (moim zdaniem najciekawsza część) otwiera zgrabna wariacja otwierającego cały utwór tematu Allegro, forma utworu jest bez zarzutu, jak to u Brahmsa. Nie potrafię jednak oprzeć się wrażeniu, że to tylko wprawka przed czymś większym, co ma nadejść…
Szkoda, że stary Brahms nie zrobił rewizji tej kompozycji młodego Brahmsa, tak jak w przypadku Trio nr 1; pewnie by z niej została połowa 😉
Sekstet domyślnie grany jest, na równoprawnych zasadach, przez sześciu muzyków, bez dyrygenta, co siłą rzeczy powoduje pewne „pływanie” wejść, akcentów i nieuniknione wyrównywanie tempa. Czyli: może być nierówno w skali mikro i monotonnie w skali makro, jeśli można tak to sformułować.
Wysłuchałem kilku wykonań i najtrudniejszym w odbiorze, jak dla mnie, było na płycie z gwiazdorskim składem, z Isaakiem Sternem, YoYo Ma i Jamie Laredo na czele (Sony). Sześcioro wybitnych solistów gra tu pięknie, ale trochę każdy sobie, czyli tak, jak powinna być grana dla frajdy muzykujących, choć niekoniecznie dla przyjemności słuchaczy. Najbardziej zdyscyplinowane nagranie to Ensemble Rafael (Hyperion), równe jakby ją grała sekcja smyczkowa najlepszej orkiestry, ale z kolei brak mu spontaniczności.
Mnie przypadła do gustu ciepła, skupiona wersja Amadeus Quartet z przyjaciółmi, fenomenalne zgranie umożliwiło im osiągnięcie sporej dynamiki i fluktuację tempa. Poza tym to „stara szkoła” grania z szerokim gestem i z głębokim wibrato, nadto Sekstetowi nr 1 dobrze robią szybsze tempa i większa dyscyplina. Verdi Quartet też daje radę.
Nagranie znakomitego Pražak Quartet, do którego link tu wklejam, w niczym kwartetom Amadeus i Verdi nie ustępuje.
Dodaj komentarz