Dokończona niedokończona

  • Gustav MAHLER (1860-1911) X Symfonia
  • orkiestracje: Deryck Cooke, Michelle Castellani
  • dyrygenci: Thomas Dausgaard, Jools Gale
  • orkiestry: Seattle Symphony Orchestra, Ensemble Mini

Dwa dość niedawne nagrania Dziesiątej Mahlera. Jedno (Dausgaard) to najczęściej wykonywana wersja, czyli ostatnia, trzecia redakcja Derrycka Cooke’a. Drugie, czyli Jools Gale, to wersja kameralna autorstwa pani Michelle Castellani.

Przypomnę, że Mahler, swoim zwyczajem, napisał najpierw kompletny szkic symfonii na czterech pięcioliniach, ale zdążył zorkiestrować tylko części I (Adagio) i III (Purgatorio). Przez lata kompozycja była owiana legendą a dwie ukończone przez kompozytora części wykonał dopiero jego przyjaciel z Amsterdamu, szef Concertgebouw, Willem Mengelberg w 1924 roku, czyli 13 lat po śmierci Mahlera.

Brytyjski muzykolog Deryck Cooke opublikował swoją wersję na początku lat 60. ubiegłego wieku, a pierwsze komercyjne nagranie poprowadził Eugene Ormandy w 1964 roku. Rękopis posłużył także innym kompozytorom/dyrygentom/muzykologom do stworzenia własnych wersji, a ponieważ szkic Mahlera jest dość konsekwentny w głównych zarysach, różnice dotyczą przede wszystkim orkiestracji.

Wielu wybitnych dyrygentów, w tym Bernstein, artysta w znacznym stopniu odpowiedzialny za rozkwit popularności Mahlera, nie odważyło się grać nieoryginalnej partytury, którą ktoś za Mahlera ukończył. Poprzestawali na graniu Adagia i (czasem) Purgatoria. Wtórowali im niektórzy krytycy, kręcąc nosem, że Derryck Cooke i inni to nie Mahler. Powstaje jednak proste pytanie: czy to dobrze, że mamy niedoskonałą wersję koncertową Dziesiątej, czy lepiej byłoby jej nie mieć, poprzestając na dokończonych, w 100% mahlerowskich, dwóch częściach?

Ja nie mam wątpliwości. Dwie pierwsze symfonie GM, które poznałem za zamierzchłego młodu, to Pierwsza (nagranie Hungarotonu pod młodym jeszcze Ivanem Fischerem) i Dziesiąta, na enerdowskim nagraniu wytwórni Eterna, którą poprowadził w 1979 roku Kurt Sanderling. No, to jest gruba jazda… Sanderling funduje nam przejmującą do bólu fantasmagorię, której trudno dorównać.

Ale kilku dyrygentów spróbowało: James Levine nagrał najpierw Adagio, ale po dwóch latach machnął całą resztę. Spec od Szostakowicza, Rudolf Barshai nagrał swoją, świetną wersję z młodzieżową orkiestrą, Chailly i Rattle przeprowadzili przez mahlerowski czyściec dwie berlińskie orkiestry: radiówkę oraz filharmoników.

Aranż kameralny jest jeszcze bardziej kontrowersyjny: pani Castellani nie tylko dopisała swoje do niedokończonych fragmentów, ale też wywaliła oryginalną orkiestrację z tych części, które Mahler ukończył. No nie mogła przecież dużej orkiestracji zostawić w kameralnej aranżacji…

Jeśli chodzi o moje zdanie: wersje kameralne wielkich dzieł mają sens taki, że mogą je zagrać małe składy, to po pierwsze. A po drugie: dla świrów jak ja, kameralna wersja inaczej pokazuje strukturę utworu, co jest fajne.

Najbardziej popularna symfonia Mahlera w wersji kameralnej to nr 4, ale jest też nr 2 na mniejszy skład i kameralne wersje nr 1 i 9.

Nic, tylko zakładać małe orkiestry i grać…

Komentarze

Dodaj komentarz