RUCHOME OBRAZY

blog Macieja Świerzawskiego

  • źródło amazon.com

    Norweski pianista, wielokrotnie nominowany do nagrody Grammy i posiadający w dorobku dość już imponującą dyskografię muzyki XIX i XX wiecznej, wydał w mijającym roku kolejną swoją płytę z muzyką Chopina. Tym razem to komplet czterech Ballad, przedzielonych trzema wybranymi Nokturnami. Jeżeli ktoś chce zacząć słuchać na poważnie Chopina, może śmiało zacząć od tej płyty:

    Żródło: http://www.andsnes.com

    Nie jest mi łatwo przypomnieć sobie jakiegoś wybitnego pianisty, który nigdy nie nagrał żadnego utworu Chopina. Nawet Glenn Gould, gardzący romantycznym „pianizmem” popełnił nagranie Sonaty Chopina, choć niektórzy twierdzą, że to wcale nie jest już sonata Chopina, tylko sonata Goulda z pożyczonymi od Polaka nutami.

    Bo problem nie w nutach, tylko w stylu i interpretacji.

    Jednym z popularnych zabiegów kompozytorskich i wykonawczych klasycyzmu i romantyzmu było tempo rubato, czyli nigdy do końca nie zdefiniowany sposób „zakłócania” rytmu utworu poprzez niewielkie zwolnienia i przyspieszenia wewnątrz taktu lub frazy. Czym jest równie nieuchwytny swing dla jazzu, tym tempo rubato dla pianistyki klasycznej: nie wiemy, co to naprawdę, ale wiemy czy jest, lub czy go nie ma. Gould programowo zagrał Sonatę bez rubato; mnie się to podoba, strażnicy jedynie słusznych interpretacji rwali włosy z głowy. Jeżeli je mieli.

    Jeżeli lubicie, jak Amerykanie wyjaśniają europejskie zawiłości kulturowe, tutaj macie zabawne i pouczające wideo:

    Wiek XIX to także okres rozwoju konstrukcji fortepianu, który pozwalał na osiąganie coraz większej dynamiki (różnicy między najcichszymi a najgłośniejszymi możliwymi dźwiękami) i głośności. Pamiętajmy jednak, że za czasów Chopina fortepiany nie były jeszcze ryczącymi bestiami i zapis w nutach fff (fortissimo possibile – najgłośniej, jak się da) oznaczał nieco mniej inwazyjny dźwięk, niż dziś.

    Do rubato i rosnącej dynamiki hardware’u dodajmy jeszcze upodobanie XIX wiecznych kompozytorów do dramatycznych kontrastów emocjonalnych oraz stosowania coraz bardziej zawiłej harmonii i upodobania do chromatyki (w skrócie chodzi o jazdę po możliwie największej liczbie klawiszy, w ramach danej tonacji, a nawet poza nią, muzyków przepraszam za skrót myślowy).

    W utalentowanych rękach ten arsenał, mądrze eksploatowany, daje niezwykłe efekty. Biegłe technicznie, lecz słabsze emocjonalnie jednostki dostają niestety do ręki uzbrojony granat, z którym nie bardzo wiedzą, co robić, poza tym, że ma bujać jak na okręcie i ma być kontrastowo i dramatycznie, a czego się nie dogra, to się dowygląda, krzywiąc się w wystudiowanych grymasach i miotając na zydelku.

    Na krajowym podwórku dochodzi jeszcze cała pozamuzyczna otoczka wokół muzyki Chopina. Przez dziesiątki lat zrastała się z polską świadomością narodową, patriotyzmem, historią. W dniach chwały media podają nam polonezy, w chwilach żalu słyszymy wiadomy marsz. Chopin jest odświętny i przez lata tak się go u nas grało: wierzby płaczące, tęsknota za Ojczyzną itd. I chyba nie jest przypadkiem, że pierwszym premierem rządu po odzyskaniu niepodległości został pianista, wybitny interpretator Chopina, chociaż on akurat grał Chopina oszczędnie i bez nadmiernej emfazy:

    youtube.com

    Za czasów słusznie minionego ustroju zaczęła królować martyrologiczna wersja muzyki Chopina i w takim wydaniu atakowała z każdej flanki. Wyfiokowane panie, które z marsową miną rzucały się na klawiaturę jak na odsiecz Ojczyźnie przerażały mnie śmiertelnie. Nawet walce pod ich paluchami stawały się amunicją na szańcach powstańczych. Po skromności Paderewskiego nie zostało ani śladu…

    Muzyka Chopina towarzyszyła szkolnym akademiom ku czci, można jej było posłuchać w Dzienniku Telewizyjnym i Polskiej Kronice Filmowej. Chopin w czasach mej młodości był w jednej osobie Wunderkindem, Wallenrodem, Winkelriedem i Bóg wie jeszcze czym, tylko nie kompozytorem. Rodził się we mnie bunt i po usłyszeniu mojej interpretacji walca cis-moll nauczycielka fortepianu zdecydowała, że po muzykę Chopina nie będziemy na razie sięgać… 

    Chopina odczarował dla mnie Arturo Benedetti Michelangeli, którego nagrania z koncertu w Polsce z roku 1955 wpadły mi w ręce, kiedy byłem już dużo starszy. Nie wiem, czy była w tym jakaś ostentacja, ale ABM nie zagrał w ojczyźnie Chopina żadnej jego wirtuozerskiej kobyły, tylko banalny walczyk z pośmiertnego Opusu (czyli z kuferka, który Chopin kazał spalić). Dziś trudno mi wytłumaczyć, dlaczego słuchając tej prostej melodyjki, napisanej pewnie w kwadrans dla którejś uczennicy, nagle zobaczyłem, jak otwiera się przede mną cała muzyka Chopina i nigdy już nie będzie czymś obcym i nudnym…

    youtube.com

    W grze Leifa Ove Andsnesa jest coś z Benedetti’ego: szybkie, surowe granie, bez zatrzymywania się w każdym zakamarku partytury, oszczędność w doborze środków ekspresji przy jednoczesnym dbaniu o koloryt. To Chopin chłodny, nieco wycofany. Rubato jest tu przyprawą, nie głównym daniem. To jednocześnie granie lekkie: takty otwierające Balladę nr 1 przechodzą w prosty walczyk i pianista nie szuka w nim na siłę dramatu, wstęp do nr 2 brzmi u Andsnesa jak pozytywka, nie jak tęskna pieśń, co jest najczęstszym pomysłem na zagranie tego otwierającego fragmentu. Dobrze się tego słucha, bo Ballady bardzo łatwo rozkręcić emocjonalnie do nieprzytomności. Nie żeby mi się i takie granie od czasu do czasu nie podobało, ale z biegiem lat wolę jednak Chopina lekko schłodzonego. I raczej zmieszanego, nie wstrząśniętego.

    Np. jak ten Nokturn z płyty Leifa:

    Żródło: http://www.andsnes.com


  • Foto © Anton Zavyalov, źródło: https://bachtrack.com/review-currentzis-kopatchinskaja-musicaeterna-berlin-march-2017

    W Permie, w niespecjalnie urodziwym budynku, mieści się Teatr Opery i Baletu im. P. I. Czajkowskiego, którego dyrektorem artystycznym jest urodzony w Atenach TEODOR CURRENTZIS. 

    Niezwykła, teraz już światowa kariera tego muzyka, którego Guardian nazwał „The conducting equivalent of Glenn Gould and Kurt Cobain”  rozpoczęła się niedługo po studiach dyrygenckich w Sankt Petersburgu, kiedy objął funkcję głównego dyrygenta teatru operowego w Nowosybirsku i tam skonstruował swoją tajną broń: orkiestrę i chór MusicAeterna. Z tym zespołem nagrał w 2008 roku operę Purcella „Dydona i Eneasz”, następnie „Requiem” Mozarta i XIV Symfonię Szostakowicza.

    Po tych trzech nagraniach dla wytwórni Alpha został obwołany nową sensacją, upomniał się o niego koncern SONY, a w 2011 Currentzis przeniósł się, wraz z całą MusicAeterna (!) do Permu, miejsca, które podobnie jak Nowosybirsk, z trudem uchodziło za światowy ośrodek życia operowego.

    Teatr Opery i Baletu w Permie, źródło: wikipedia.com

    Mediolan, Nowy Jork, pewnie jeszcze Londyn, Wiedeń i Paryż, a w dość wyspecjalizowanym repertuarze, Bayreuth, to są mekki operowego jet-setu. To w La Scali i w Metropolitan Opera zaczynają się wielkie kariery! Ale Perm? Gdzie to w ogóle jest?

    Perm jest położony półtora tysiąca kilometrów na wschód od Moskwy, u stóp Uralu, na trasie Kolei Transsyberyjskiej. To od jego nazwy pochodzi określenie ostatniego okresu ery paleozoicznej. Miasto niemałe, bo wraz z przyległościami aglomeracja liczy prawie 2 miliony mieszkańców, raczej mało urodziwe, przemysłowe (zbrojeniówka!), ale i z prężnym uniwersytetem. Bywa tam bardzo ciepło latem i bardzo, bardzo chłodno zimą.

    Jeżeli jednak chcecie posłuchać najgorętszego dyrygenta ostatnich lat i jego starannie dobranej, perfekcyjnej orkiestry, musicie pojechać do Permu… Albo polecieć: siedem godzin lotu z Warszawy.

    (No dobra, Currentzis czasem koncertuje z Orkiestrą Symfoniczną Sud West Rundfunk, czyli SWR. Do Stuttgartu jednak jest trochę bliżej.)

    Żródło: SWR YouTube Channel

    Pewnie się kilka osób w wytwórni Sony Classical i parę zaproszonych gwiazd opery nieco zdziwiło, że to właśnie na Ural przyjdzie im się wybrać, aby dokonać najbardziej od lat dyskutowanych, podziwianych przez jednych i potępianych przez drugich rejestracji trzech oper Mozarta: Wesela Figara, Cosi Fan Tutte i Don Giovanniego. Currentzis nie miał, zdaje się, ochoty pracować w którymś ze słynnych, światowych studiów i wolał u siebie, w Permie, a okoliczności tych nagrań można i warto zobaczyć tu i tam w Sieci:

    Źródło: https://www.youtube.com/channel/UCvRfHv8fFsveojuY-UrqZCw

    Wzbudzić kontrowersje interpretacjami najbardziej znanych oper Mozarta to w drugiej dekadzie XXI wieku nie lada wyczyn, bo niby wszystko już było. Nie czuję się specjalnie kompetentny w kwestii oper Mozarta, więc nie potrafię powiedzieć skąd kontrowersje, poza tym, że w każdym pokoleniu konserwa okopuje się mocno i lubi tylko te interpretacje, które już zna. Ale może są też inne racje, dla których nie wszyscy się zachwycają? Czytałem rodzimą recenzję, w której autor krytykował dobór śpiewaków i polecał nagrania, skądinąd świetne, sprzed 30 lat.

    A ja rozumiem zachwyty: to jest Mozart z nieprawdopodobnym wykopem, humorem, ale i liryzmem, kiedy trzeba. (I z fortepiano zamiast klawesynu w recytatywach! Niby drobiazg i wcale nie odkrywczy, ale mnie cieszy.) Currentzis nie robi niczego niezwykłego, nie „odczytuje Mozarta na nowo”, strzepuje tylko trochę kurzu. Ostatni raz takie odkurzanie zafundował bodaj Neville Marriner, nagrywając ścieżkę dźwiękową do „Amadeusza” Miloša Formana. Od tego czasu nagrano mnóstwo fenomenalnych interpretacji Mozarta, ale Currentzisowe błyszczą wśród nich wyjątkowym blaskiem. Są efektowne, nawet efekciarskie. No bo jaka ma być opera? Skromna i stateczna? Zadumana i świadoma nauk pokoleń muzykologów?

    Sukces cyklu mozartowskiego mógł rozpocząć wielką, światową karierę Currentzisa jako dyrygenta na największych scenach operowych, tymczasem już w trakcie pracy nad Mozartem MusicAeterna, wraz ze swoim szefem, machnęła „Święto wiosny” Strawińskiego, a potem rewelacyjną, chłodną jak permska zima interpretację „Patetycznej”, VI Symfonii Czajkowskiego.

    Żródło; Sony Clasical YouTube Channel

    W roku 2018 Currentzis zaznaczył swoją obecność niezwykłym (podobno) wykonaniem kompletu symfonii LvB na Salzburger Festspiele oraz kolejnym nagraniem dla Sony Music: też Szóstej, też Symfonii, tyle tylko, że Gustawa Mahlera.

    Aby wykonać VI Symfonię Mahlera, czy jakikolwiek inny, skomplikowany utwór na orkiestrę, dyrygent musi mieć albo własny pomysł na jej interpetację, albo wielką skromność i szacunek dla partytury oraz świadomość nauk pokoleń muzykologów.

    Skromność i szacunek do partytury oraz świadomość nauk pokoleń muzykologów często kończy się w koszu w supermarkecie, w kategorii „CD za 5zł”. Własny pomysł, zwłaszcza na Mahlera (czy Brucknera), to trochę zabawa z granatem… Ale o tym w kolejnym wpisie.

    PS. Po koncertach beethovenowskich Currentzisa The Times zamieścił taki artykuł: https://www.thetimes.co.uk/article/move-over-simon-rattle-teodor-currentzis-is-the-maestro-everyones-talking-about-ccgswrtzv

    Żródło: thetimes.co.uk, foto: Jakob Polacsek

    PS 2. Wywiad z TC po polsku na blogu skrzypaczki, która z nim miała okazję pracować:: https://bycmuzykiem.wordpress.com/2016/04/10/teodor-currentzis-wywiad/

  • Urodzona w Pekinie w 1987 roku pianistka Yuja Wang zwróciła na siebie uwagę kilka lat temu nie tylko talentem, wirtuozerią i urodą, ale także nieco ekstrawaganckimi, jak na obyczaje sal koncertowych, strojami. Szybko dostrzeżona przez Deutsche Grammophon podpisała z legendarną wytwórnią ekskluzywny angaż. Ma już na koncie nagrania muzyki Ravela, Rachmaninowa i Prokofiewa, między innymi z Gustavo Dudamelem i jego sławną Simon Bolivar Youth Orchestra. Wraz z prestiżowymi kontraktami z DG, następnie z Rolexem (ambasadorka marki!) suknie Yuji stawały się nieco dłuższe, a buty nieco niższe, a sama pianistka dołączyła do niewielkiego grona supergwiazd współczesnej pianistyki. Trzeba naprawdę mieć gigantyczny talent i pracowitość, aby osiągnąć taki status przed trzydziestką, na dodatek pochodząc z kraju, który dosłownie zwariował na punkcie fortepianu i w którym według ostrożnych szacunków naukę gry na fortepianie pobiera aktualnie około 40 milionów dzieci. Pamiętajmy przy tym, że do połowy XX wieku fortepian nie był w Chinach traktowany poważnie, a pierwszy chiński utwór na fortepian napisano w latach trzydziestych zeszłego stulecia. W latach rewolucji kulturalnej fortepiany niszczono jako dekadencki symbol zgniłego Zachodu, a kilkadziesiąt lat później lista pochodzących z Kraju Środka wirtuozów ciągle się wydłuża.

    Żródło: yujawang.com, foto: Lilliana Morsia

    Powody, dla których Yuja jest dziś na szczycie słychać na wydanej niedawno płycie koncertowej, zarejestrowanej w berlińskiej filharmonii w listopadzie. Nie dajcie się zwieść filigranowej urodzie pianistki! To nie jest delikatne, romantyczne granie. To jest niezwykła, dramatyczna opowieść w czterech rozdziałach: najpierw bardzo spokojnie i bez egzaltacji zagrane cztery utwory Rachmaninowa. Początek to na wpół taneczne, umpa-umpa, na wpół śpiewne, tęskne Preludium op. 32. Dla mniej odpornych na wdzięki rosyjskiego kompozytora pianistów to okazja, aby trochę pohisteryzować, ale Yuja jest powściągliwa, stara się, aby historia otwierająca jej wieczór była prosta. Dwa następne utwory to „Etudes-Tableaux” z różnych opusów, które łączy niepokojące pokrewieństwo z muzyką Ravela. A przynajmniej tak Yuji to gra: na coś czekamy, coś się zbliża….

    Ostatni utwór Rachmaninowa w programie, Preludium b-moll op. 32 zaczyna się jak lament nad stratą, nad rozstaniem. Pianistka w środkowej części, nucąc pod nosem jakąś brakującą jej frazę, pozwala sobie na ośmielenie ważącego pół tony potwora, na którym gra, do bardzo dramatycznego wyznania. To już nie chłodny Ravel, to kontrasty dynamiczne jak u Chopina. I czasem, jak u Chopina, pod koniec utworu muzyka płynie tak powoli, że niemal się zatrzymuje. Pogodzenie się z losem? Delikatny początek Sonaty Skriabina op. 70 wydaje się być logiczną kontynuacją poprzedniego utworu. Po chwili jednak pojawiają się intrygujące tryle i opowieść zaczyna nabierać innych kolorów, zaczyna się nowy rozdział. Nowa nadzieja… Sonata Skriabina ma w sobie mnóstwo blasku, szkicowanego niezliczonymi trylami, ale pod koniec utworu idylliczny obrazek zaczyna pękać i nadzieja okazuje się płonna. Zabieg wypisz, wymaluj filmowy.

    I wtedy pojawia się muzyka Ligetiego: trzy zwariowane Etiudy. Każda używa innego chwytu emocjonalnego: najpierw mamy trochę twórczego bałaganu, bo nr 3 „Touches bloquees” to nerwowe poszukiwanie jakiegoś sensu: proste, antycypujące rocka riffy, spacerujące po całej klawiaturze fortepianu. Nr 9 „Vertige” jest kaskadą powtarzanych dźwięków z dramatycznymi akcentami w lewej ręce i to już prawie Philip Glass. W filmie w tym miejscu byłby zapewne pościg… Etiuda nr 1 „Desordre” to w tej opowieści złowrogi chaos, to triumf zła. Yuja Wang zabiera nas na ciemną stronę mocy i nie stara się upiększać obrazu. Wszystko stracone! Niewielu pianistów potrafi pokazać zło poprze muzykę. Benedetti Michelangeli to potrafił, tylko on mi teraz przychodzi do głowy. A teraz ta urodziwa Chinka.

    Sonata Nr 8 Prokofiewa zaczyna się, co logicznie wypływa z poprzednich „scen”, od krajobrazu po bitwie… Najpierw wraca skupiony klimat trzeciego utworu, etiudy Rachmaninowa, ale po chwili wszystko to zaczyna się rozpadać na drobne fragmenty a muzyka, jak w poprzednio zagranych utworach Ligetiego, traci chwilami tonalną dyscyplinę i wracają nerwowe poszukiwania. Po chwili wraca też groza. Yuja jest bezwględna i funduje nam w środkowej partii, oznaczonej przez kompozytora raczej sarkastycznie „andante dolce” istne piekło. Nie jestem wielbicielem muzyki Prokofiewa, ale tym razem, w kontekście tego, co stało się wcześniej, słyszę żelazną konsekwencję w budowaniu dramaturgii recitalu i podoba mi się taka decyzja pianistki.

    Druga część sonaty to krótki, kołyszący quasi-taniec, który artystka gra z mnóstwem kompletnie nieprzewidywalnego rubato. To senne, zmęczone interludium przed nadchodzącym finałem. Za chwilę obudzimy się w innym świecie…

    Rytmiczny początek trzeciej części Sonaty Prokofiewa Yuja Wang atakuje z taką siłą, jakby testowała odporność koncertowego Steinwaya na kataklizmy. Po kilku minutach nawałnica zdaje się pomału uspokajać, ale to tylko dramaturgiczny chwyt: przed nami prawdziwy finał, oparty na ostinato w lewej ręce atak na Gwiazdę Śmierci. Zwycięski.

    Aplauz, jaki się rozległ po ostatnim takcie tej opowieści był raczej rodem z koncertu rockowego. Bo to, co zagrała pianistka było jak pasjonujący film, do którego Rachmaninow, Scriabin, Ligeti i Prokofiew tylko napisali scenariusz.  Gwiazdą i reżyserem była Yuja Wang.

    @ MŚ 2018

  • [Kolejne wspomnienie z mijającego roku: Festiwal Muzyki Filmowej, http://fmf.fm 30 maja 2018, inauguracyjny koncert pod nazwą PENDERECKI2CINEMA, tekst pierwotnie umieszczony na zamkniętym forum oraz na FB]

    Na scenie krakowskiego ICE orkiestra NOSPR pod dyrekcją Dirka Brosse https://en.wikipedia.org/wiki/Dirk_Brossé , w loży Mistrz z małżonką a w repertuarze najpierw „Trzy utwory w starym stylu” Krzysztofa Pendereckiego, potem Michaela Nymana suita z filmu „Fortepian” w wersji na orkiestrę smyczkową, Koncert na trąbkę i orkiestrę smyczkową (dedykowany Tadeuszowi Kościuszce!) Elliota Goldenthala. W części drugiej już tylko Penderecki: „Tren”, „Polimorfia” oraz fragmenty II i III Symfonii.

    Moim zdaniem, o ile muzyka Nymana w filmach brzmi genialnie, o tyle jako osobne dzieło zazwyczaj nie nadaje się do słuchania. To nie jest krytyka! To raczej podziw dla biegłości, z jaką Nyman zszywa muzykę z obrazem i emocjami na ekranie. Wyobraźcie sobie np. „Kontrakt rysownika” z prawdziwą muzyką z epoki a nie z obsesyjnymi frazami Nymana.

    Koncert na trąbkę Goldenthala (premiera światowa!) prezentuje biegłość kompozytora w operowaniu różnymi stylami pisania na orkiestrę smyczkową, od wertykalnych akordów brucknerowskich po sonorystykę Pendereckiego. Partia trąbki bardzo elokwentna i konsekwentnie prowadzona, bez zbędnych popisów technicznych. Wszystko bardzo piękne. Ale dla mnie trąbka to jazz. To Armstrong, Davis i Stańko. Klasyczna artykulacja i intonacja klasycznie granej trąbki powoduje, że to, co u jazzmenów jest opowieścią i emocją, staje się ciągiem perfekcyjnych dźwięków. Podkreślam: dla mnie! Przy ogromnym uznaniu dla wirtuozerii znakomitej Tine Thing Helseth http://www.tinethinghelseth.com.Chciałbym jeszcze usłyszeć ten utwór w interpretacji muzyka jazzowego, z odrobiną odstępstwa od tekstu tu i tam. Ot, problemy Pierwszego Świata: świetny kompozytor przywozi swój nowy, premierowy utwór do Krakowa, a ja narzekam 🙂

    Po przerwie orkiestra wraz z Maestro Brosse bez zbędnych ceregieli odpaliła „Ofiarom Hiroszimy, tren na 52 instrumenty smyczkowe”. Ten utwór robi na mnie zawsze wielkie wrażenie a jeszcze większe zrobił, słyszany po raz pierwszy na żywo, kiedy do kompletnie kosmicznej muzyki dochodzi obserwowanie, ile energii muszą dyrygent i orkiestra z siebie wykrzesać i w jakim skupieniu zabrać się za te dziwne nuty, żeby osiągnąć tak piorunujący efekt. Tren dla mnie to jeden z najważniejszych utworów XX wieku i móc wysłuchać go w obecności kompozytora było dla mnie ogromnym przeżyciem.

    NOSPR to polska orkiestra symfoniczna nr 1. Potęgi jej brzmienia nie pokona żadna sala koncertowa. II i III symfonia Krzysztofa Pendereckiego to rozbudowane kompozycje na wielki skład. NOSPR jest i dosłownie i w przenośni wielka i zna muzykę Mistrza na wylot, grała i nagrywała ją wielokrotnie. Sekcja perkusjonaliów i kontrabasy (po sześciu chłopa!) dowiodły tym razem, że z dobrym zespołem symfonicznym w kategorii potęgi brzmienia tylko Metallica może stawać w szranki i to tylko dopóki ma prąd. Dęciaki i „drewno” NOSPR-u grają na światowym poziomie, a kwintet jak jeden, precyzyjny i kompetentny muzyk.

    Pomiędzy fragmentami symfonii były „Polimorfie”, utwór z tego samego okresu, co „Tren”. Kilkunastominutowa podróż przez fantastyczne światy sonorystyki, atonalnych i mikrotonalnych smakowitości kończy się przewrotnie czyściutkim akordem C-dur. NOSPR walnął ten akord tak, że klękajcie narody. Przed Krzysztofem Pendereckim!

    Tekst i foto © MŚ

  • Ian Bostrige wielkim tenorem jest. Tego faktu nie mam ochoty kwestionować, ale dla mnie główną gwiazdą finałowego koncertu Misteria Paschalia w Wielkanocny poniedziałek był John Butt i prowadzony przez niego Dunedin Consort ze Szkocji. Ojczyzna hagusa i whisky zrodziła jedną z najbardziej precyzyjnych machin do grania muzyki dawnej, która idzie po swoje z zadziornością rockowej kapeli. Tutaj nie ma mowy o „akompaniamencie”, za Dunedinami trzeba nadążyć, co na szczęście udaje się bez trudu nie tylko doświadczonemu Bostridge’owi, ale i Chórowi Polskiego Radia, któremu należy się głęboki pokłon! Polski chór wypadł znakomicie!

    W pierwszej części było kilka arii Purcella i Handla, w drugiej „Oda na dzień św. Cecylii” tego ostatniego. Dzieło pochodzi z niemal tych samych czasów, co „Mesjasz” i choć brak w nim szaleństwa i uroku młodzieńczych dzieł kompozytora, takich jak „Acis i Galatea” czy dramaturgicznej złożoności jego oper, to dojrzałość i świadomość kompozytorskich chwytów czyni z „Cecylii” bardzo smaczny kąsek.

    Libretto jest popisem barokowego bełkotu. Wynika z niego, że muzyka to główny wzór na istnienie świata. Generalnie bym się zgodził, ale co zrobić np. z Sex Pistols? Za życia Handla nie spodziewano się ani aż tak drastycznych odstępstw od klasycznego kanonu, ani tego, że w domu Mistrza zamieszka kiedyś Jimi Hendrix. Z drugiej strony popularny dziś psycholog Jordan B. Peterson w swoich wykładach, dostępnych na YouTube wielokrotnie wskazuje, że muzyka jest odzwierciedleniem złożoności świata i odbieramy ją jako wielowarstwową narrację. Warstwa Handla była trochę inna, niż Hendrixa, ale obie, mimo wszystko, mieszczą się w kanonie muzyki Zachodu. Nawet jeżeli Hendrix był z USA, a Handel z NRD.

    W loży na drugim poziomie ICE Kraków nie słychać wiele, ale przyjemność i tak duża!

    tekst i foto @ MŚ 2018

    Dwa fragmenty koncertu dostępne na Vimeo: