Autor: Maciej Swierzawski

  • „Vltava” i Herbert von Karajan

    • Bedřich SMETANA (1824-1884) „Vltava”, „Vyšehrad” (z cyklu „Ma Vlást”)
    • Franz LISZT (1811-1886), Rapsodia Węgierska nr. 4, „Mazeppa”, „Les Preludes”
    • orkiestra: BERLINER PHILHARMONIKER
    • dyrygent: Herbert von Karajan (1908-1989)
    • nagranie: 1961 („Mazeppa”), 1968
    • wytwórnia: Deutsche Grammophon

    Herbert von Karajan nigdy nie nagrał całego cyklu „Ma Vlást” Bedricha Smetany i na płycie z poematami Liszta jest tylko „Wełtawa” i „Wyszehrad”, umieszczone w odwrotnej, niż w partyturze kolejności.

    To jego drugie nagranie „Die Moldau”. Pierwsze, bardzo dobrze brzmiące, pochodzi z 1940 roku (!), Potem nagrał to w 1983 dla EMI, ale dźwięk jego wczesnych nagrań cyfrowych pozostawia nieco do życzenia. Karajan sporo utworów nagrał po kilka razy i często te nagrania są prawie identyczne, jeżeli chodzi o dynamikę i tempo („Wełtawa” odpowiednio 12:18, 12:20, 12:17), jakby miał w głowie jakiś precyzyjny co do sekund wzorzec wykonania; różnice dotyczą brzmienia orkiestry i technik nagrań, nie interpretacji. Tylko ostatnia, czwarta wersja, znów dla DG, już nie z Berliner, tylko Wiener Philharmoniker jest nieco wolniejsza (12:40). Ta ostatnia świetna i brzmienie Wiedeńczyków barwniejsze. No i w roli głównej niesamowite nagranie Dziewiątej Dworzaka!

    Ale nagranie z 1968 jest wyjątkowe. „Wełtawę” nagrano setki razy, ale w żadnym znanym mi nagraniu intro nie buduje takiego nastroju oczekiwania i w żadnym wejście pierwszego tematu nie jest tak spektakularne.

    Stereofoniczne nagranie Stokowskiego jest potwornie wolne w pierwszej części, można zasnąć, zanim zacznie się drugi temat, dla odmiany grany bardzo szybko. Walter w nagraniu mono z końca lat 40. z kolei spieszy się gdzieś w intro, pierwszy temat gra w ciężko akcentowanym rytmie a drugi nie ma ani krztyny lekkości ludowego tańca.

    Nagranie Zubina Mehty z Izrael Philharmonic Orchestra jest sympatyczne, ale najbardziej wyeksponowanym instrumentem w pierwszej części jest potwornie wkurzający trójkąt. On tam jest w partyturze, ale chyba nie było intencją Smetany zrobić z „Vltavy” koncert na trójkąt? Taneczny temat Mehta prowadzi tak szybko, że przestaje być „taneczny” a zaczyna „pościgowy”, ale generalnie to fajne nagranie.

    Solti gra, jak to Solti, muskularnie i z sekcją dętą na sterydach (u Karajana jest ona głęboko w tle). Uwielbiam Soltiego, ale do Smetany przydaje się odrobina finezji, nie tylko ciężka artyleria.

    Oczywiście czeskie wykonania mają atmosferę: Neumann nagrał to z Czeską Filharmonią i Gewandhausem (wolę Gewandhaus), klasyczny już Ančerl jest super, ale dla mnie daleko za Karajanem, bo wejście pierwszego tematu brzmi jakoś nieśmiało, a powinno być spektakularne.

    Dwa nagrania „Ma Vlást”, które mogą karajanowym podskoczyć to Paavo Berglund z Staatskapelle Dresden (EMI, obecnie Warner) oraz Nicolaus Harnoncourt z Wiener Philharmoniker (RCA). To ostatnie jest niemal tak wolne, jak Stokowskiego, ale nie mam mowy o nudzie. Od pierwszych taktów wiadomo, że coś tu się wydarzy.

    Płytę Karajana kupiłem dla Smetany, ale okazało się, że jego Liszt też wymiata. Za mało jestem z Lisztem osłuchany, więc nie będę się wymądrzał. Dla mnie rewelacja!

    Wielka płyta

    Top

  • RAFF: Symfonia Nr 5 E-dur ‚Lenore’

    • Josef Joachim RAFF (1822-1882) Symphonie No. 5 E-dur „LENORE’ op. 177
    • orkiestra: RADIO-SYMPHONIE-ORCHESTER BERLIN
    • dyrygent: Matthias Bamert


    JOSEF JOACHIM RAFF urodził się w 1822 roku  (dwa lata przed Brucknerem) w do dzisiaj małej mieścinie na brzegu Jeziora Zuryskiego w Szwajcarii. Ukończywszy edukację został nauczycielem w wiejskiej szkole pod Zurychem, ale miał czas i determinację, by studiować muzykę i komponować. Swoje pierwsze utwory wysłał w 1844 do Mendelssohna, który zachwycony nimi polecił je wydawnictwu Brietkopf & Härtel w Lipsku.  To tak, jakby dziś dostać z dnia na dzień kontrakt nagraniowy z Deutsche Grammophon. Raff rzucił swój „day job” i poświęcił się komponowaniu.

    W 1845 roku wybrał się pieszo z Zurychu do  Bazylei na koncert Liszta. Jakimś cudem dopchał się przed oblicze Mistrza i pokazał mu swoje utwory. Liszt był pod wrażeniem i wziął młodego Raffa pod swoje skrzydła. Raff, choć nie od razu,  został asystentem Liszta i na lata wsiąkł w otoczenie szalonego Węgra w Weimarze.  Kiedy poczuł, że osobowość szefa go przytłacza, odszedł, osiedlił się w Wiesbaden i rozpoczął własną karierę.

    W latach 70. XIX wieku był jedną z najważniejszych postaci niemieckiego życia muzycznego i jednym z najczęściej grywanych kompozytorów. Jego opery nie znalazły wprawdzie większego uznania a utwory fortepianowe pisał dość konwencjonalne, ale jego kameralistyka i 11 symfonii znalazły entuzjastów (Hans von Bülow!) i wyznaczyły mu miejsce w panteonie niemieckiego romantyzmu.

    Symfonia nr 5 „Lenore” powstała w 1872 roku. W tym samym czasie Bruckner i Czajkowski napisali swoje „Drugie”, Smetana zaczął cykl „Ma Vlást” a rok wcześniej Wagner skończył „Zygfryda”. Utwór jest programowy, odnosi się do popularnego pod koniec XVIII wieku poematu o parze kochanków rozdzielonych przez wojnę, których śmierć łączy z powrotem. Jako kompletnie nieczuły na muzykę programową mam tę historie w 4 taktach, ale symfonia jest śliczna.

    Muzyka nie wykracza tu poza kanon ówczesnych czasów i na jej tle trudno nie zauważyć oryginalności Brucknera w podejściu do formy, czy wirtuozerii melodycznej Smetany i Czajkowskiego. Ale „Lenora” broni się do dziś, zwłaszcza ostatnia część, Allegro z podtytułem „Wiedervereinigung im Tode” („Ponownie złączeni przez śmierć”), które w pierwszej części wciąga nas niezwykłym, budującym napięcie jak w filmie akcji rytmem, by na koniec wygasnąć powoli długimi, powolnymi frazami. Chwilami to brzmi jak Mahler…

    Matthias Bamert (rocznik 1942) był studentem Pierre Bouleza, szefował orkiestrom na całym świecie i dokonał wielu nagrań, w tym sporo mniej popularnego repertuaru współczesnego i dawnego. Radiówka berlińska to orkiestra z klasą. Nie mogło się nie udać.

    Wielka płyta!

  • Chopin po angielsku

    YouTube: DECCA

    Scherza Chopina należą do tych jego dzieł, w których łatwo o histeryczną interpretację. Nieokrzesane formalnie, kuszące skrajnymi emocjami, podstępnie zachęcają do przesady. Wielcy i mali je grali i nagrywali! Jest milion wykonań chopinowskich Scherz, a każde inne, każde chce być najbardziej wstrząsające… 

    Moje ulubione to Richter i Pogorelić, dwa różne, raczej już starsze generacje. Świat pędzi do przodu i każde pokolenie szuka swojego głosu, którym chce opowiedzieć nawet najbardziej, wydawało by się, oczywiste historie.

    I oto od kilku lat mam też trzeci zestaw: 19-letni podówczas Anglik, Benjamin Grosvenor, nagrał w 2012 roku Scherza XXI wieku. Szybkie i płynne, bez zatrzymywania się przy każdej okazji do retorycznego popis.

    Młody pianista rozumie, że dziś już nikogo nie poruszymy gwałtownymi zmianami temp i dynamiki, nie doprowadzimy do łez lirycznym tematem rozpiętym na sugestywnym rubato. Grając dziś muzykę z XIX wieku trzeba uważać z emocjami, żeby nie zbliżyć się zbyt do estetyki argentyńskiej telenoweli z gwałtownymi zoomami kamery na twarz cierpiącej bohaterki… 

    Grosvenor pędzi, podobnie jak choćby kiedyś Glenn Gould, poświęcając szczegóły dla klarownej struktury całości. Różnice czasu między wykonaniami Grosvenora i Pogorelića, który przecież nie miał tendencji do zwalniania przed zakrętami, mówią same za siebie: na przykład No. 1 h-moll op. 20 to odpowiednio 8:18 i 11:05! Młody Anglik nie szuka ukrytych znaczeń w wolnej jego części: hej, „Lulajże Jezuniu” to tylko kolęda, Ivo! 

    No i w żadnym znanym mi wykonaniu zakończenie Scherza No. 4, w którym Chopin używa zmniejszonych akordów charakterystycznych później dla jazzu, fragment ten nie brzmiał tak cudownie musicalowo! Grosvenor na chwilę pokazuje, jak daleko w przyszłość sięgała muzyka Chopina i na kilka sekund przenosi nas na Tin Pan Alley sto lat później. Pyszne! 

    Płyta Grosvenora jest sprytnie ułożonym recitalem. Scherza zagrane są w kolejności 1,4,3,2 i przetykane Nokturnami, w dwóch wypadkach dobranych pod względem tonacji, a po interludium złożonym z trzech chopinowsko-lisztowskich drobiazgów (dwie transkrypcje pieśni FCh i zakręcony harmonicznie Nokturn „En Reve” Liszta) Grosvenor zabiera się za utwór uważany za jeden z trudniejszych w literaturze fortepianowej: „Gaspard de la Nuit” Ravela. Znów szybkie tempo! Całość, nie szczegół! 

    Ale miało być o Szopenie, więc Lisztowi i Ravelowi dam spokój. A płytę gorąco polecam, dostępna także w streamingu. A poniżej próbka:

  • London Symphony Orchestra, sir Simon Rattle, Kraków, ICE, 17 stycznia 2019

    Bardzo trudno było mi zabrać się za napisanie tej relacji. Krakowski koncert London Symphony Orchestra pod dyrekcją Simona Rattle’a przypadł na dramatyczny moment w naszym Kraju, na chwilę traumy, która każe nam przemyśleć tak wiele…

    Muzyka jest osobnym światem. Towarzyszy nam i w trudnych i w radosnych momentach. Muzyka nie ma poglądów politycznych, chociaż łatwo bywało ją w politykę wciągnąć. Sama muzyka, bez słów, tak naprawdę nie niesie konkretnych znaczeń, mimo starań kompozytorów, aby dodawać pozamuzyczną treść, jakiś „program”. Znaczenie muzyki powstaje dopiero w duszy słuchacza, zależy od jego możliwości percepcji, osłuchania, ale także kontekstu i chwili. W końcu każdy ma wspomnienia czy skojarzenia, związane z tą czy inną piosenką lub melodią. Takie nasze własne, unikalne znaczenia pozostają często na całe życie.

    Początek czwartkowego koncertu był chyba dla wszystkich emocjonującym doznaniem. Najpierw normalny rozgardiasz, związany z wchodzeniem orkiestry i usadzaniem się muzyków na scenie. Potem, witany wielkim aplauzem pojawił się sir Simon Rattle, wszedł na podium i zastygł w milczeniu, podobnie jak cała LSO. Kiedy oklaski umilkły, na scenę wyszła dyrektor Krakowskiego Biura Festiwalowego, pani Izabela Helbin i poprosiła wszystkich o minutę ciszy dla ś.p. Prezydenta Pawła Adamowicza. Przygasły światła, a kiedy powoli znów się zapaliły i wszyscy usiedli, zapadła cisza, jakiej nigdy nie słyszałem w pełnej po brzegi sali koncertowej. 

    Po dłuższej chwili Rattle dał znak i popłynął niezwykle delikatny dźwięk, niemal cichy lament, bo czteroczęściowy utwór Beli Bartoka „Muzyka na smyczki, perkusję i czelestę” zaczyna się od andante tranquillo czyli „powoli i spokojnie” a Rattle i LSO zagrali to zjawiskowo, jeszcze wolniej i jeszcze spokojniej, niż w znanych mi wykonaniach. Repertuar ustala się miesiącami przed terminem koncertu i trudno uznać wybór utworu Beli Bartoka za jakąś niezwykłą koincydencję, a i sama kompozycja nie ma żadnego „programu”, chociaż powstała w czasie, gdy można było poczuć nadchodząca burzę (1936). Ale pierwsze jej takty zagrane tak niezwykle i w takiej chwili wielu z nas, obecnych zapamięta na długo.

    Od razu było też wiadomo, że mamy do czynienia z najwyższej próby zespołem. Dynamika LSO jest porażająca: rozpiętości pomiędzy tym co w ich wykonaniu ciche, wolne i zarazem precyzyjne, a tym co głośne, szybkie i równie dokładne, są kosmiczne. Nie wymyślono jeszcze na świecie sposobu zarejestrowania i odtworzenia czegoś takiego w domowych warunkach w relacji 1:1. Każde nagranie symfoniczne jest nieco skompresowane, co jednak, UWAGA: nie jest wytłumaczeniem dla niesłuchania symfoniki! Nagrania pop i rock są zazwyczaj sto razy bardziej skompresowane i spłaszczone. Proszę słuchać symfoniki! No i od czasu do czasu trzeba też posłuchać dobrej orkiestry na żywo, nawet jeżeli repertuar nie zachęca. Poza Bartokiem, którego muzykę, mówiąc eufemistycznie, niezbyt kocham, LSO zagrało w Krakowie Szóstą Symfonię. Niestety ani nie Beethovena, ani Mahlera. Antona Brucknera. Ale nad Szóstą Brucknera płakałem tutaj, wróćmy do wykonawców.

    Na świecie są orkiestry i Orkiestry. London Symphony Orchestra należy do tych drugich. Czym jest LSO dla miłośnika muzyki orkiestrowej najłatwiej wytłumaczyć poprzez futbol: LSO to jak FC Barcelona. Jest też oczywiście Real Madryt (Berliner Philharmoniker), Liverpool FC (Vienna Philharmonic) i kilkanaście innych świetnych zespołów, ale lista od lat jest w miarę stała. I krótka…

    Przepis na dobrą orkiestrę symfoniczną również niepokojąco przypomina przepis na światowej klasy zespół piłkarski: trzeba mieć najlepszych graczy, najlepszych trenerów i grać w najlepszej lidze. Fani doceniają klasę, kupują bilety i gadżety (w przypadku orkiestr: płyty), z czego szerokim strumieniem płynie kasa, za którą kupuje się jeszcze lepszych graczy i wynajmuje jeszcze lepszych trenerów. Jeszcze lepszych lig na rynku na razie nie ma. 

    Najlepsze orkiestry i najlepsze kluby futbolowe są przy tym zazwyczaj tak wiekowe, że już nikt nie pamięta, co było pierwsze: czy pasja, czy kasa. Być może bywało i tak i tak. Niestety w świecie muzyki zasada Pareto także obowiązuje: 20% wykonawców zgarnia 80% rynku. Orkiestry bez sponsorów, wypełnionych kalendarzy koncertowych i kontraktów nagraniowych, grające od czasu do czasu za marne grosze nie mają szansy zgrać się na poziomie najlepszych drużyn. Dlatego, jeżeli kiedykolwiek napiszę kąśliwą uwagę o nierównym graniu, marnej artykulacji, czy ewidentnych kiksach jakiejś rodzimej orkiestry, zasłużę sobie na miejsce w piekiełku dla krytyków, gdzie po wsze czasy będziemy słuchać disco-polo w aranżacji na kwartet smyczkowy…

    Muzycy London Symphony Orchestra, chociaż skład zespołu był częściowo oparty na rezerwowych (nie było np. grającego na Stradivariusie koncertmistrza Romana Simovicia), wyszli na scenę krakowskiego ICE, aby wygrać kolejny mecz: uśmiechnięci, zadowoleni, czasem dyskretnie dowcipkujący między sobą (utwór otwierający napisany jest na dwie, dialogujące grupy instrumentów, orkiestra na scenie rozmieszczona jest w nietypowy sposób i kliku muzyków się zgubiło, szukając swojego miejsca). W wieczorowych strojach, ale na brytyjskim luzie: zdarzyły się mokasyny do fraka i powyciągany, czarny sweterek, narzucony na estradową suknię. W końcu Szef za chwilę pojawi się nie we fraku, tylko w swoim firmowym stroju, nieco przypominającym garniturek doktora No z pierwszego filmu o Jamesie Bondzie. Gala, ale bez przesady; jak ktoś w życiu widział parę orkiestr, wprawdzie dostojnie kroczących i dobrze ubranych, ale wychodzących na scenę jak na publiczną egzekucję doceni ten luz… Stop! Piekiełko czeka…  

    Londyńczycy mają za sobą, robiącą wrażenie, nieprzerwaną historię: od powstania w 1904 roku, przez pierwsze nagrania gramofonowe w 1912, aż do dziś. Każdy słyszał tę orkiestrę! Nagrali ilustracje do ponad 200 filmów, w większości wielkich hitów! Ruchomym obrazom LSO akompaniowała na żywo jeszcze w latach dwudziestych zeszłego wieku, ale to „Gwiezdne wojny” w 1977 roku dały jej niegasnące do dziś „publicity” i sławę zespołu, który zagra wszystko najlepiej. Umiejętność perfekcyjnego zagrania a vista ledwie co napisanej muzyki jest podobno w przypadku London Symphony nie do pobicia. Orkiestrę można sobie wynająć na nagranie, na ich stronie internetowej jest kontakt do menedżera.

    Miliard telewidzów mógł podziwiać LSO podczas ceremonii otwarcia Olimpiady roku 2012 w Londynie z niezapomnianym występem Rowana Atkinsona w roli solisty. Prowadził ich wtedy właśnie Simon Rattle. Brytyjski dyrygent, tak jak Beatlesi, pochodzi z Liverpoolu i podobnie jak Teodor Currentzis zwrócił na siebie uwagę wyciągając lokalny zespół z okręgówki do Ligi Mistrzów. Chodzi o City of Birmingham Symphony Orchestra, zespół z pięknymi tradycjami, dla którego lata powojenne nie były już łaskawe. Wraz z Rattlem stanęli na nogi, zdobyli kontrakt płytowy z EMI i powrócili do najważniejszych sal koncertowych świata. W piłkarskiej analogii: to jakby Wisła Kraków zaczęła regularnie grać w finałach Ligi Mistrzów. 

    Każdy by chciał takiego trenera i kiedy Simon Rattle był do wzięcia, wygrała oferta Realu Madryt, czyli Berliner Philharmoniker. Przypomnijmy, że w odróżnieniu od klubów futbolowych, wiele orkiestr działa w formie swego rodzaju spółdzielni i to muzycy wybierają dyrektora artystycznego czy głównego dyrygenta. Tak jest w przypadku i Berlińczyków i LSO. W roli szefa Berliner Philharmoniker Rattle występował ponad 16 lat, wpisując się tym samym na imponująca listę głównych dyrygentów Berlińczyków, na której jest między innymi Wilhelm Furtwaengler, Herbert von Karajan i Claudio Abbado.

    Stała współpraca sir Simona Rattle’a i LSO to nowy rozdział. Z perspektywy widza krakowskiego koncertu relacje Szefa z zespołem wydają się znakomite: luz i zaufanie. Prowadząc nieszczęsną Symfonię A-dur nr VI Antona Brucknera dyrygent skupiał się na akcentowaniu co ciekawszych fragmentów partytury, niejako podkręcając je emocjonalnie i artykulacyjnie. Nie szukał jakiejś głębszej myśli, łączącej całość i chwała mu za to! Zagrana jako ciąg następujących po sobie zdarzeń muzycznych Szósta Brucknera okazała się całkiem lekka, strawna i interesująca. Nieprawdopodobna precyzja i spójność brzmienia orkiestry okazały się wystarczającym spoiwem. Były chwile, kiedy Rattle po prostu słuchał swojego zespołu, jak kiedyś Bernstein Wiedeńczyków. No i był bis: Simon Rattle, który od lat promuje na świecie polską muzykę, przede wszystkim Szymanowskiego, zapowiedział (po polsku!) z wielkim wdziękiem tańce góralskie Stanisława Moniuszki. 

    Brawo Krakowskie Biuro Festiwalowe, organizator koncertu! 

  • Dorastanie do Brucknera

    Czyli: tylko krowa nie zmienia poglądów, ale…

    Anton Bruckner. Odbijałem się od tej muzyki parę razy, deprymował mnie patetyczny ogrom, niemal architektoniczne podejście do kompozycji. Kilka lat temu koledzy podsunęli mi nagranie VIII Symfonii pod Carlem Schurichtem, ale pierwsze spotkanie nie było zbyt obiecujące. Napisałem wtedy (na pewnym, ciekawym forum): 

    22 listopada 2009:

    Słuchając Brucknera przypomniałem sobie pewną sytuację z liceum: kiedy narzekaliśmy na nudę i dłużyzny „Nad Niemnem”, wówczas obowiązkowej lektury, jeden z kolegów, człek oczytany wyraził zdziwienie: „Nad Niemnem” i dłużyzny? Skąd!? Nie bardzo mi to do niego pasowało; po krótkim dochodzeniu sprawa się „rypła”: kolega czytając Orzeszkową w jakimś obdartym, starym wydaniu, przeczytał tylko tom pierwszy i… czwarty, nieświadomie ominąwszy środkowe. 

    Schyłek XIX wieku pozostawił po sobie dziesiątki dzieł zbudowanych w innej, niż nasza skali: budynki i obrazy wydaj się dziś za duże, symfonie za długie, powieści rozwlekłe. Gigantomania wieku pary i elektryczności tylko w przypadku wieży Eiffel’a się sprawdziła – mniejsza byłaby jak słup wysokiego napięcia. A tak przynajmniej Francuzi mają coś, z czego mogą być naprawdę dumni. 

    Pośród zdecydowanie najmniej szanujących czas twórców królują niemieccy kompozytorzy, na czele z Ryszardem W. i Antonem B. 

    Zostawmy na boku Wagnera. Jego brak czasowej dyscypliny wynika z „multimedialnej” formy, którą przyjął, z dominacji czysto teatralnej narracji. Akurat uważam, że Wagner potrafił genialnie prosto formułować swoje muzyczne pomysły i nigdy nie czułem, że np. „Zejście bogów do Valhalli” trwa choćby o sekundę za długo. Ale cały „Pierścień” z kilometrami recytatywów to już killer. Orzeszkowa… 

    W „Ósmej” Brucknera są hektary wspaniałej muzyki, połączone milami kwadratowymi nudnych wykładów na temat rozwiązywania kompletnie niepotrzebnie zawiązanych harmonicznych supłów. Dodatkowo rozwiązania te są stuprocentowo przewidywalne! Odchudzenie jego symfonii o połowę byłoby aktem dobrodziejstwa! Coś jak przeczytanie „Nad Niemnem” bez opisów przyrody i innych inwentaryzacji… 

    Dodatkowo muzyka tego okresu jest do dziś dawcą organów do hollywoodzkiej muzyki filmowej i te „stojące” akordy np. z pierwszej części i finału VIII Symfonii słyszy się co rusz w jakimś dreszczowcu made in USA. 

    Mam też inny kłopot z Brucknerem, polegający na tym samym, co mój kłopot z Haydnem: trudno odmówić ich muzyce piękna i elegancji, ale czegoś mi brakuje: odrobiny szaleństwa, jakiegoś osobistego rysu, czy nawet rysy na idealnie lśniącym obliczu „czystej muzyki”, którą tworzyli. Ja Brucknera zostawiam sobie na starość.”

    Jednak po kilku latach Schuricht wrócił do odtwarzacza i…

    19 maja 2012 napisałem:

    A teraz z rozdziawioną gębą słucham Ósmej pod Schurichtem i niczego mi nie jest za dużo. Scherzo powala w tym wykonaniu: bez afektacji, bez rubata i stawiania co rusz kropki nad… czymkolwiek, [nieczytelne słowo], Schuricht był wtedy po siedemdziesiątce, a to jest jazda bez trzymanki! Odszczekuję wszystkie głupoty, które tu wcześniej o Brucknerze napisałem! Słucham ósmej po raz siódmy i wszystko, co mogę wykrztusić to „o ja [nieczytelne słowo]!”

    Chyba że… Napisałem kiedyś: „Ja Brucknera zostawiam sobie na starość.” Może to już?

    Tak czy siak, nawrócony czy starszy i mądrzejszy często wracam do Brucknera. Ale to nie koniec moich przygód z Brucknerem, bo też nie cały jego opus jest dla mnie strawny. Symfonie IV, VII, VIII i IX to dość powszechnie najbardziej znane i lubiane dział AB . Na pewno nie należę do miłośników Nr 0 (jest taka!), I , II i III, niespecjalnie wielbię nr V (ale też najsłabiej ją znam) i bardzo, bardzo szybko uciekam przed nr VI. Szósta jest straszna! Pech polega na tym, że Kraków ją jakoś magicznie przyciąga. Na przestrzeni kilkunastu miesięcy zagrali ją u nas Antoni Wit z krakowską Filharmonią i Simon Rattle z London Symphony Orchestra.

    Co jest nie tak z tą Szóstą? Wszystko i nic. Najsłabsza symfonia Antona Brucknera to zjawisko z rodzaju „najgorsza piosenka Beatlesów” albo „najnudniejsza książka Hemingwaya”. Są twórcy, którzy nie schodzą poniżej pewnego poziomu i w przypadku Brucknera, nieśmiałego dziwaka spod Linzu (poczytajcie sobie tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Anton_Bruckner) ten poziom jest niewyobrażalnie wysoki. Już współcześni mówili o nim, że jest geniuszem i Szósta symfonia w wielu miejscach dostarcza na to dowodów. Ale jako całość jest dla mnie zbiorem pomysłów i motywów (nierzadko bardzo pięknych) powiązanych bez ładu i składu. Tak, miałem podobne odczucie przy pierwszych próbach słuchania Ósmej, która potem nagle się dla mnie otworzyła, ale Szósta otworzyć się nie może. Być może nic tam więcej w środku nie ma? Być może kompozytor chciał coś tu sprawdzić, przetrenować, odciąć się jakoś od przeszłości, bo chociaż Nr 6 nie jest jakoś diametralnie inny od poprzednich symfonii, to jednak następują po nim trzy wielkie, bardzo spójne dzieła, czyli Nr 7-9. 

    ANTON BRUCKNER (1824-1896), źródło: Wikipedia

    Za życia Brucknera wykonano Szóstą tylko raz, utwór nie miał dobrego PR i autor starał się chyba o nim zapomnieć, bo to jedyna jego symfonia, do której nie wracał i której nie poprawiał; wszystkie pozostałe, ku rozpaczy wydawców i wykonawców, mają po kilka autorskich wersji. Po śmierci Brucknera jego przyjaciel, Gustaw Mahler, poprowadził Nr 6 na koncercie, uprzednio przepisując część partytury po swojemu. Dziś integralność dzieła jest traktowana jak świętość i coś takiego jest nie do pomyślenia. Szkoda, bo kilka skreśleń zrobiłoby dobrze koncertowym wersjom wielu utworów. Tak zrobił kiedyś Mendelssohn z Pasją Bacha, teraz okrzyknięto by go wandalem lub zaliczono do grona  wykonawców pop.

    W Szóstej Brucknera co rusz coś się zaczyna, kolejne akordy budują jakąś opowieść, po czym zaczyna się następna i następna i następna, a każda wzniosła i domagająca się uwagi. Przypomina to zwiedzanie Muzeum Watykańskiego, kiedy po wielu godzinach i kolejnej sali wypełnionej wybitnymi dziełami ma się ochotę tylko na Colę  i frytki, a nie na Kaplicę Sykstyńską. Rozbudowane repetycje (czyli jeszcze raz to samo albo prawie tak samo) irytują a finał ma z osiem kulminacji, zanim w końcu uda się go szczęśliwie zakończyć. Słuchając Nr 6 mam wrażenie, że klocki, z których jest zbudowany, można by ułożyć w zupełnie innej kolejności i byłoby to samo. Można też obdzielić nimi ze trzy poematy symfoniczne, bo wiele z tych „klocków” jest całkiem interesujących a niektóre są po prostu przepiękne. Nie zmienia to faktu, że inne, przydługie fragmenty to opisy przyrody i inne inwentaryzacje.

    Czy można to zagrać ciekawie? Okazuje się że tak. Ale o tym już w następnym wpisie…