PO PROSTU POSŁUCHAJ

blog Macieja Świerzawskiego


Jestem reżyserem, scenarzystą i producentem. Zawodowo opowiadam historie obrazem i dźwiękiem, w przestrzeni narracji, emocji i czasu. Muzyka podąża tą samą drogą i przypomina mi o napięciach, proporcjach i cierpliwości. Mam nadzieję, że innym również może stać się bliska. Mój profesjonalny kontekst jest poza tym blogiem: LinkedIn / Logline. Tutaj zostawiam notatki z uważnego słuchania.

    • Teddy ABRAMS (*1977) Piano Concerto
    • Michael Tilson THOMAS (*1944) You Come Here Often?
    • Yuja WANG, fortepian
    • dyrygent: Terry ABRAMS
    • Louisville Orchestra
    • Deutsche Grammophon 2023

    Nazywanie kolejnych nagrań znanej muzyki „projektami” stało się natrętną modą, ale w tym wypadku możemy wybaczyć, bo po pierwsze to premierowe nagranie nowej muzyki, a po drugie to, zawsze fenomenalna, YUJA WANG!

    Tym razem wzięła się za bigbandowo-fortepianową napierdalankę, którą skomponował TEDDY ABRAMS (ur. 1977), kolega Yuji ze studiów w Curtis Institute of Musić, ukrytą pod niezwykle oryginalnym tytułem „Piano concerto”.

    Absolutnie śliczne. Album rozpoczyna urocza, solowa kompozycja Michaela Tilsona Thomasa „You Come Here Often?”, który jest ważną postacią w karierze Yuji. Potem Yuja i Teddy Abrams meandrują w gęstwinie amerykańskiej tradycji, słychać Gershwina, Ellingtona, Bernsteina, muzykę z Tin Pan Alley i z amerykańskich filmów i seriali, rocka, gospel, latynoskie rytmy. Środkowa kadencja (są trzy) zaczyna się jak z Czajkowskiego (jego słynny koncert fortepianowy No. 1 został napisany na zamówienie orkiestry w Bostonie i tam odbyła się jego światowa premiera!), przechodzi płynnie w bardziej abstrakcyjną fakturę, jak z Ivesa i wreszcie zaprasza orkiestrę do tanecznej piosenki…

    Myślicie, że z takiego misz-maszu nie można zrobić dobrej muzyki?Potrzymajcie Yuji i Teddy’emy piwo.

    Płyta zdobyła Grammy 2023.

    • Gustav MAHLER (1860-1911) X Symfonia
    • orkiestracje: Deryck Cooke, Michelle Castellani
    • dyrygenci: Thomas Dausgaard, Jools Gale
    • orkiestry: Seattle Symphony Orchestra, Ensemble Mini

    Dwa dość niedawne nagrania Dziesiątej Mahlera. Jedno (Dausgaard) to najczęściej wykonywana wersja, czyli ostatnia, trzecia redakcja Derrycka Cooke’a. Drugie, czyli Jools Gale, to wersja kameralna autorstwa pani Michelle Castellani.

    Przypomnę, że Mahler, swoim zwyczajem, napisał najpierw kompletny szkic symfonii na czterech pięcioliniach, ale zdążył zorkiestrować tylko części I (Adagio) i III (Purgatorio). Przez lata kompozycja była owiana legendą a dwie ukończone przez kompozytora części wykonał dopiero jego przyjaciel z Amsterdamu, szef Concertgebouw, Willem Mengelberg w 1924 roku, czyli 13 lat po śmierci Mahlera.

    Brytyjski muzykolog Deryck Cooke opublikował swoją wersję na początku lat 60. ubiegłego wieku, a pierwsze komercyjne nagranie poprowadził Eugene Ormandy w 1964 roku. Rękopis posłużył także innym kompozytorom/dyrygentom/muzykologom do stworzenia własnych wersji, a ponieważ szkic Mahlera jest dość konsekwentny w głównych zarysach, różnice dotyczą przede wszystkim orkiestracji.

    Wielu wybitnych dyrygentów, w tym Bernstein, artysta w znacznym stopniu odpowiedzialny za rozkwit popularności Mahlera, nie odważyło się grać nieoryginalnej partytury, którą ktoś za Mahlera ukończył. Poprzestawali na graniu Adagia i (czasem) Purgatoria. Wtórowali im niektórzy krytycy, kręcąc nosem, że Derryck Cooke i inni to nie Mahler. Powstaje jednak proste pytanie: czy to dobrze, że mamy niedoskonałą wersję koncertową Dziesiątej, czy lepiej byłoby jej nie mieć, poprzestając na dokończonych, w 100% mahlerowskich, dwóch częściach?

    Ja nie mam wątpliwości. Dwie pierwsze symfonie GM, które poznałem za zamierzchłego młodu, to Pierwsza (nagranie Hungarotonu pod młodym jeszcze Ivanem Fischerem) i Dziesiąta, na enerdowskim nagraniu wytwórni Eterna, którą poprowadził w 1979 roku Kurt Sanderling. No, to jest gruba jazda… Sanderling funduje nam przejmującą do bólu fantasmagorię, której trudno dorównać.

    Ale kilku dyrygentów spróbowało: James Levine nagrał najpierw Adagio, ale po dwóch latach machnął całą resztę. Spec od Szostakowicza, Rudolf Barshai nagrał swoją, świetną wersję z młodzieżową orkiestrą, Chailly i Rattle przeprowadzili przez mahlerowski czyściec dwie berlińskie orkiestry: radiówkę oraz filharmoników.

    Aranż kameralny jest jeszcze bardziej kontrowersyjny: pani Castellani nie tylko dopisała swoje do niedokończonych fragmentów, ale też wywaliła oryginalną orkiestrację z tych części, które Mahler ukończył. No nie mogła przecież dużej orkiestracji zostawić w kameralnej aranżacji…

    Jeśli chodzi o moje zdanie: wersje kameralne wielkich dzieł mają sens taki, że mogą je zagrać małe składy, to po pierwsze. A po drugie: dla świrów jak ja, kameralna wersja inaczej pokazuje strukturę utworu, co jest fajne.

    Najbardziej popularna symfonia Mahlera w wersji kameralnej to nr 4, ale jest też nr 2 na mniejszy skład i kameralne wersje nr 1 i 9.

    Nic, tylko zakładać małe orkiestry i grać…

    • Bedřich SMETANA (1824-1884) „Vltava”, „Vyšehrad” (z cyklu „Ma Vlást”)
    • Franz LISZT (1811-1886), Rapsodia Węgierska nr. 4, „Mazeppa”, „Les Preludes”
    • orkiestra: BERLINER PHILHARMONIKER
    • dyrygent: Herbert von Karajan (1908-1989)
    • nagranie: 1961 („Mazeppa”), 1968
    • wytwórnia: Deutsche Grammophon

    Herbert von Karajan nigdy nie nagrał całego cyklu „Ma Vlást” Bedricha Smetany i na płycie z poematami Liszta jest tylko „Wełtawa” i „Wyszehrad”, umieszczone w odwrotnej, niż w partyturze kolejności.

    To jego drugie nagranie „Die Moldau”. Pierwsze, bardzo dobrze brzmiące, pochodzi z 1940 roku (!), Potem nagrał to w 1983 dla EMI, ale dźwięk jego wczesnych nagrań cyfrowych pozostawia nieco do życzenia. Karajan sporo utworów nagrał po kilka razy i często te nagrania są prawie identyczne, jeżeli chodzi o dynamikę i tempo („Wełtawa” odpowiednio 12:18, 12:20, 12:17), jakby miał w głowie jakiś precyzyjny co do sekund wzorzec wykonania; różnice dotyczą brzmienia orkiestry i technik nagrań, nie interpretacji. Tylko ostatnia, czwarta wersja, znów dla DG, już nie z Berliner, tylko Wiener Philharmoniker jest nieco wolniejsza (12:40). Ta ostatnia świetna i brzmienie Wiedeńczyków barwniejsze. No i w roli głównej niesamowite nagranie Dziewiątej Dworzaka!

    Ale nagranie z 1968 jest wyjątkowe. „Wełtawę” nagrano setki razy, ale w żadnym znanym mi nagraniu intro nie buduje takiego nastroju oczekiwania i w żadnym wejście pierwszego tematu nie jest tak spektakularne.

    Stereofoniczne nagranie Stokowskiego jest potwornie wolne w pierwszej części, można zasnąć, zanim zacznie się drugi temat, dla odmiany grany bardzo szybko. Walter w nagraniu mono z końca lat 40. z kolei spieszy się gdzieś w intro, pierwszy temat gra w ciężko akcentowanym rytmie a drugi nie ma ani krztyny lekkości ludowego tańca.

    Nagranie Zubina Mehty z Izrael Philharmonic Orchestra jest sympatyczne, ale najbardziej wyeksponowanym instrumentem w pierwszej części jest potwornie wkurzający trójkąt. On tam jest w partyturze, ale chyba nie było intencją Smetany zrobić z „Vltavy” koncert na trójkąt? Taneczny temat Mehta prowadzi tak szybko, że przestaje być „taneczny” a zaczyna „pościgowy”, ale generalnie to fajne nagranie.

    Solti gra, jak to Solti, muskularnie i z sekcją dętą na sterydach (u Karajana jest ona głęboko w tle). Uwielbiam Soltiego, ale do Smetany przydaje się odrobina finezji, nie tylko ciężka artyleria.

    Oczywiście czeskie wykonania mają atmosferę: Neumann nagrał to z Czeską Filharmonią i Gewandhausem (wolę Gewandhaus), klasyczny już Ančerl jest super, ale dla mnie daleko za Karajanem, bo wejście pierwszego tematu brzmi jakoś nieśmiało, a powinno być spektakularne.

    Dwa nagrania „Ma Vlást”, które mogą karajanowym podskoczyć to Paavo Berglund z Staatskapelle Dresden (EMI, obecnie Warner) oraz Nicolaus Harnoncourt z Wiener Philharmoniker (RCA). To ostatnie jest niemal tak wolne, jak Stokowskiego, ale nie mam mowy o nudzie. Od pierwszych taktów wiadomo, że coś tu się wydarzy.

    Płytę Karajana kupiłem dla Smetany, ale okazało się, że jego Liszt też wymiata. Za mało jestem z Lisztem osłuchany, więc nie będę się wymądrzał. Dla mnie rewelacja!

    Wielka płyta

    Top

    • Josef Joachim RAFF (1822-1882) Symphonie No. 5 E-dur „LENORE’ op. 177
    • orkiestra: RADIO-SYMPHONIE-ORCHESTER BERLIN
    • dyrygent: Matthias Bamert


    JOSEF JOACHIM RAFF urodził się w 1822 roku  (dwa lata przed Brucknerem) w do dzisiaj małej mieścinie na brzegu Jeziora Zuryskiego w Szwajcarii. Ukończywszy edukację został nauczycielem w wiejskiej szkole pod Zurychem, ale miał czas i determinację, by studiować muzykę i komponować. Swoje pierwsze utwory wysłał w 1844 do Mendelssohna, który zachwycony nimi polecił je wydawnictwu Brietkopf & Härtel w Lipsku.  To tak, jakby dziś dostać z dnia na dzień kontrakt nagraniowy z Deutsche Grammophon. Raff rzucił swój „day job” i poświęcił się komponowaniu.

    W 1845 roku wybrał się pieszo z Zurychu do  Bazylei na koncert Liszta. Jakimś cudem dopchał się przed oblicze Mistrza i pokazał mu swoje utwory. Liszt był pod wrażeniem i wziął młodego Raffa pod swoje skrzydła. Raff, choć nie od razu,  został asystentem Liszta i na lata wsiąkł w otoczenie szalonego Węgra w Weimarze.  Kiedy poczuł, że osobowość szefa go przytłacza, odszedł, osiedlił się w Wiesbaden i rozpoczął własną karierę.

    W latach 70. XIX wieku był jedną z najważniejszych postaci niemieckiego życia muzycznego i jednym z najczęściej grywanych kompozytorów. Jego opery nie znalazły wprawdzie większego uznania a utwory fortepianowe pisał dość konwencjonalne, ale jego kameralistyka i 11 symfonii znalazły entuzjastów (Hans von Bülow!) i wyznaczyły mu miejsce w panteonie niemieckiego romantyzmu.

    Symfonia nr 5 „Lenore” powstała w 1872 roku. W tym samym czasie Bruckner i Czajkowski napisali swoje „Drugie”, Smetana zaczął cykl „Ma Vlást” a rok wcześniej Wagner skończył „Zygfryda”. Utwór jest programowy, odnosi się do popularnego pod koniec XVIII wieku poematu o parze kochanków rozdzielonych przez wojnę, których śmierć łączy z powrotem. Jako kompletnie nieczuły na muzykę programową mam tę historie w 4 taktach, ale symfonia jest śliczna.

    Muzyka nie wykracza tu poza kanon ówczesnych czasów i na jej tle trudno nie zauważyć oryginalności Brucknera w podejściu do formy, czy wirtuozerii melodycznej Smetany i Czajkowskiego. Ale „Lenora” broni się do dziś, zwłaszcza ostatnia część, Allegro z podtytułem „Wiedervereinigung im Tode” („Ponownie złączeni przez śmierć”), które w pierwszej części wciąga nas niezwykłym, budującym napięcie jak w filmie akcji rytmem, by na koniec wygasnąć powoli długimi, powolnymi frazami. Chwilami to brzmi jak Mahler…

    Matthias Bamert (rocznik 1942) był studentem Pierre Bouleza, szefował orkiestrom na całym świecie i dokonał wielu nagrań, w tym sporo mniej popularnego repertuaru współczesnego i dawnego. Radiówka berlińska to orkiestra z klasą. Nie mogło się nie udać.

    Wielka płyta!

  • YouTube: DECCA

    Scherza Chopina należą do tych jego dzieł, w których łatwo o histeryczną interpretację. Nieokrzesane formalnie, kuszące skrajnymi emocjami, podstępnie zachęcają do przesady. Wielcy i mali je grali i nagrywali! Jest milion wykonań chopinowskich Scherz, a każde inne, każde chce być najbardziej wstrząsające… 

    Moje ulubione to Richter i Pogorelić, dwa różne, raczej już starsze generacje. Świat pędzi do przodu i każde pokolenie szuka swojego głosu, którym chce opowiedzieć nawet najbardziej, wydawało by się, oczywiste historie.

    I oto od kilku lat mam też trzeci zestaw: 19-letni podówczas Anglik, Benjamin Grosvenor, nagrał w 2012 roku Scherza XXI wieku. Szybkie i płynne, bez zatrzymywania się przy każdej okazji do retorycznego popis.

    Młody pianista rozumie, że dziś już nikogo nie poruszymy gwałtownymi zmianami temp i dynamiki, nie doprowadzimy do łez lirycznym tematem rozpiętym na sugestywnym rubato. Grając dziś muzykę z XIX wieku trzeba uważać z emocjami, żeby nie zbliżyć się zbyt do estetyki argentyńskiej telenoweli z gwałtownymi zoomami kamery na twarz cierpiącej bohaterki… 

    Grosvenor pędzi, podobnie jak choćby kiedyś Glenn Gould, poświęcając szczegóły dla klarownej struktury całości. Różnice czasu między wykonaniami Grosvenora i Pogorelića, który przecież nie miał tendencji do zwalniania przed zakrętami, mówią same za siebie: na przykład No. 1 h-moll op. 20 to odpowiednio 8:18 i 11:05! Młody Anglik nie szuka ukrytych znaczeń w wolnej jego części: hej, „Lulajże Jezuniu” to tylko kolęda, Ivo! 

    No i w żadnym znanym mi wykonaniu zakończenie Scherza No. 4, w którym Chopin używa zmniejszonych akordów charakterystycznych później dla jazzu, fragment ten nie brzmiał tak cudownie musicalowo! Grosvenor na chwilę pokazuje, jak daleko w przyszłość sięgała muzyka Chopina i na kilka sekund przenosi nas na Tin Pan Alley sto lat później. Pyszne! 

    Płyta Grosvenora jest sprytnie ułożonym recitalem. Scherza zagrane są w kolejności 1,4,3,2 i przetykane Nokturnami, w dwóch wypadkach dobranych pod względem tonacji, a po interludium złożonym z trzech chopinowsko-lisztowskich drobiazgów (dwie transkrypcje pieśni FCh i zakręcony harmonicznie Nokturn „En Reve” Liszta) Grosvenor zabiera się za utwór uważany za jeden z trudniejszych w literaturze fortepianowej: „Gaspard de la Nuit” Ravela. Znów szybkie tempo! Całość, nie szczegół! 

    Ale miało być o Szopenie, więc Lisztowi i Ravelowi dam spokój. A płytę gorąco polecam, dostępna także w streamingu. A poniżej próbka: